minęły wakacje pięknie cudnie, czas na naukę. Pierwszy telefon i pierwsze rozterki: ile..? Po trzykroć.
- Panie Michale, Marcin (lat 11, na oko 9) nie wytrzyma 2 godzin angielskiego non-stop (lekcje indywidualne).
- no tak, ale chcemy, żeby miał częstszy kontakt z językiem. A 2 razy w tygodniu to i nam i pani będzie niezbyt wygodnie.
- No jak pan uważa. Możemy zrobić lekcję próbną.
- Dobrze, to ja jeszcze sprawdzę plan treningów Marcina i dam znać w które dni możemy sie umawiać na lekcje. A jak z ceną? Coś się wydarzyło?
- tak, myślę, że podniosę w tym roku o 5 pln, żeby było po równo. (No przecież trzeba biedne dziecko jakoś chronić przed nadmiarem zajęć z angielskiego)
- hm... (a w główce cyferki się mnożą) no tak, dobrze, to ja zadzwonię, do usłyszenia.
Ja też trochę mnożę, muszę przyznać, ale tez i trochę odejmuję. Czasem Marcin jest chory, czasem ja nie mogę przyjechać. Mnożę też czas który potrzebny mi będzie na przygotowanie tych 2 godzin tygodniowo. Kombinuję rozwiązania alternatywne - tak byśmy wszyscy to przeżyli a co więcej - żeby Marcin sie czegoś nauczył i nie zniechęcił do tej nauki która dla rodziców jest tak ważna. Lada dzień zaczną się prośby: proszę mu więcej zadawać. (A jak nie odrobi?). Ja jako "ten drugi" w miarę elastyczny podmiot którego zadaniem jest nauczyć cudze dziecko angielskiego dostosowując metody i realia do zamysłu rodziców po raz kolejny nie mogę sie oprzeć wrażeniu, że także i marketing edukacyjny powinien być skierowany do dzieci a nie do rodziców. A swoją drogą: czemu ten ośrodek szkolenia kierowców ma tak denną stronę internetową z informacjami sprzed roku + stertą bzdur..?
Tuesday, September 11, 2007
Subscribe to:
Post Comments (Atom)
No comments:
Post a Comment