Tuesday, June 30, 2009

zaraz wakacje?

poszedł sygnał
rano sms: Jedziesz nad morze? Koniec lipca/sierpień, jesteś chętna?
y, ale kto? jak?
Weronika
miło!
się zobaczy
nadal wolę spontan i camping po studencku, tak plenerowo jak tylko się da.

Ula: wrzesień: Rumunia/Bułgaria? no chyba że Słowenia?
Nie mam do tego głowy. Musze odpisać? Wolałabym do Czewy szczerze mówiąc, najchętniej jeszcze przed wrześniem. A najbardziej wolałabym pracę, megapochłaniającą, żeby nie móc myśleć o niczym innym tylko o pracy.

zapowiedziany miesiąc temu telefon: czy mogę Pani wysłać to tłumaczenie?
(alelujah) tak, oczywiście, ale dziś jeszcze nie mogę do tego usiąść, strona rozliczeniowa 1200 znaków ze spacjami, ups miało być 1500 znaków. To przez zaskoczenie. Wyjaśni się najwyżej.

Wsiąkłam znów w surreal niechcący. W kilka najmilszych słów, zbyt miłych żeby powtarzać, pisać gdziekolwiek. Pewnie po piwie z kolegami. Może nie ważnych. Surreal bezsens. W internecie nie ma odpowiedzi na to czy oddałam książki do biblioteki, gdzie jest moja karta biblioteczna z Chopina, ani kto mi pomoże posprzątać w szafie i papiery.

świadomość że zaraz 1 lipca mnie nie cieszy. pobiegłam.

Ps: Jak ktoś się modlił o +30st.C w Lublinie to ma w papę ode mnie. Co za skwar.

Monday, June 29, 2009

chciałaby



się marzy się
;* thx lv za każde słowo wczoraj!
znajdź siebie na tym zdjęciu jeśli potrafisz :)
co Ci się przyśni jutro?

Thursday, June 25, 2009

lubartowska żyje

Nie moja wina że moja lekarka którą sama sobie wybrałam (i chodzę do niej częściej niż do pani od gardła) przyjmuje w jednej z klasycznie najgorszych dzielnic Lublina.
Nie lubię chodzić tam sama. Choć specjalnie wracam zawsze drogą pomiędzy najbardziej obdrapanymi kamienicami. Studenci powyjeżdżali za to tamtejsza kawalerka ma dla siebie więcej przestrzeni miejskiej. Mikromiasto.
Wysiadam na przystanku, wyprzedzam koleżkę w dresach, czerwona gęba, rozbiegane oczy, ledwo lezie. Za każdym razem idzie z tej strony co moja torebka. Bez sensu koleżko, ale przecież nie możesz o tym wiedzieć. Nie stresuj mnie. Wybieram lepszą drogę, więcej tu ludzi, przyspieszam, czerwona gęba znika daleko w tyle. Przez furtkę w ponad 2 metrowym płocie ozdobionym drutem kolczastym wchodzę na podwórko przychodni. Godzina czekania, 3 minuty wizyty. Proszę bardzo, bardzo proszę powtarza oschła lekarka w nieokreślonym wieku. Dziękuję bardzo, bardzo dziękuję, do widzenia. Na korytarzu mijam panią w białym kitlu z firmowym kubkiem od producenta leków.
Znów przechodzę pod płotem z drutem kolczastym, tym razem wychodzę na garaże. Prawie nikogo nie ma na otwartej przestrzeni. To jak dziś...Nie przez podwórko, dwupiętrowe bloki komórek z drewnianymi schodami i tak widzę z daleka. Wybieram wąską uliczkę między starymi kamienicami. Tutaj od frontu nie ma świeżej farby w pastelowych kolorach. Kilkadziesiąt lat bez malowania, może więcej. Po drugiej stronie bramy jest podwórko z widokiem na stare miasto. Zamknięte. Mijam z mocnym postanowieniem, że może kiedyś. Idę ulicą w dół, zerkam na nierówny bruk i na chłopaków za rogiem. E raczej luz. Przecinam drogę skręcającej karetce i wchodzę w główną arterię. Chodniki są już szersze. Ludzi jest więcej, ale większość leniwie przestępuje z nogi na nogę, spaceruje od bramy do bramy, od bramy do drzwi. Odstawiony na czarno tutejszy elegancik, wysoki, trochę opalony, o cerze wyżartej przez trądzik wiele lat wcześniej, idzie niby przed siebie, ale widać że nie do końca jeszcze wie za kim i gdzie. Trochę jak statysta z filmu z początku lat 90tych. Vabank. Tylko że bardziej się wyróżnia. Żegnam starą Lubartowską i dziewczyny z koszmaru z wózkami. Lepkie powietrze.

Przechodzę przez nudny deptak. Spotykam koleżankę która chętnie opowiada mi wszystko o jednym z moich potencjalnych pracodawców, co sprawia że jeszcze bardziej chcę stąd wyjechać. Wracam na ładny 30-letni LSM. Burza i deszcz.
Pierre będzie spowrotem na dniach. Oznacza to weekend pod znakiem opowieści z życia w Hiszpanii. Obejrzeliśmy z Hamletem He-mana przez net, doceniając kunszt tłumacza a.k.a. na potęgę posępnego czerepu. Pora na jakiś list motywacyjny.

Agz? co z Twoją uczelnią...? Daj znać, bo wiesz.

Wednesday, June 24, 2009

przerobione

od chłopaków z kompa



I know ur sentimental feelin' like there's just nothing left
z imeemu

I chciałabym piosenkę od S. na maila. Poprosiłam nawet. Ciekawe czy się zbierze tym razem. Nie mam czego słuchać!


Nie chce mi się jechać do Płocka. Jak sam skurwysyn mi się nie chce tam jechać. Kaśka już chyba zaklepała sobie urlop, nie ma czasu pisać, latając po Europie w te i spowrotem, ciekawe czy zaliczyła już jakiś czarter na Kajmany. Czasochłonna praca stewardessy. Mogłyśmy mieszkać razem od maja, ale ja jak zwykle muszę dokończyć co mam do zrobienia a potem dopiero kminić nowe rzeczy. Skutek jest taki że się rozleniwiam w międzyczasie po i przed. Tylko szybkie decyzje dają rezultaty. Jakiekolwiek decyzje.

Tuesday, June 23, 2009

lv

sobie ocenzuruj i baw się dobrze czytając. jak było wesoło napisze innym razem.


lv to taki skrót
znaczy różnie
znaczy że się zagapiłam na kogoś
albo że się zakochałam
znaczy że kogoś uwielbiam
albo że jest mi najlepiej z
nie zawsze znaczy mniej niż luv
ale inaczej i lepiej
za każdym razem trochę co innego
i jeszcze kilka rzeczy

love Częstochowe nadal, nawet bardziej
(bo się rymuje bo czytam jak chcę)
Wakacje prawie idealne. Brakowało mi Agu do pełni szczęścia, i mama dzwoniła że papug tęskni. Teraz papug terrorysta cieszy się w pokoju obok a tęsknię ja dla odmiany: wytrząsam z głowy niepotrzebne obrazy. Ściema. Odpoczęłam, zakochałam się zamiast rozhuśtać. Trochę nie wiem co z tym zrobić. Szymon by znowu powiedział, oj Ewa coś nie masz szczęścia do facetów. Bo widzisz kolego, szczęście do facetów to trzeba umieć mieć.


Na dworcu spotkałam jednego gitarzystę, 10 minut szczerej rozmowy znienacka. O jego najważniejszych sprawach bo to przecież on dla niego jest najważniejszy. A mnie moja własna osoba w tym kontekście nie interesuje. Nie mieszam się w to, pomimo kolejnego zbiegu okoliczności. Może coś dla mnie skomponuj... Mam ładny tekst po niebieskim. szkoda żeby leżał tylko w pliku *.txt. Tylko Ty już lepiej nie śpiewaj. Zapomniałam zapytać. Przyjechał pociąg. Trochę puenta wyjazdu - takie nie inne pożegnanie.

kto ze mną zamieszka w Wawie? Jeszcze nie mam tego stażu, ale nie chcę zostać tu gdzie jestem.



biegnę do Ag :*

Thursday, June 18, 2009

rozhuśtać :)

Mam się bać? To może pójdę się pakować :)
Ogólnie to siedzenie w domu przeraża mnie bardziej. Najchętniej pojechałabym w dłuższą trasę: do Czewki, do Kluczowej, może do Bielska albo lepiej w okolice i do Wawki, ale lepiej będzie jak poprzestanę na Czewce, wrócę i ogarnę internet porozsyłam CVki etc. żeby dobrze zacząć tydzień - o ile to wogóle możliwe w poniedziałek, max we wtorek. Potrzebuję się trochę rozhuśtać, bo czas już uciekać a mnie nadal w głowie lubelskie klimaty. Albo raczej jeden składnik tego klimatu.

Póki co mam obiecany koktajl truskawkowy :]

Sunday, June 14, 2009

weścoźnapish

mało mi i mało

!



inspiracji wyjątkowo też

Tuesday, June 9, 2009

Monday, June 8, 2009

love Częstochowe

i szkło na podłodze (już zmiata, zbieram kawałki spod materaca, potem walczymy/walczą z powodzią, wygrane)
i to że wszechobecny luz
bez spiny
i to że chłopaki Agu mają podobne zdanie o lublinianach jak ja mam (no z wyjątkami kilkoma) Nie muszę się przyznawać, tylko słucham o ich obserwacjach i tak bardzo wiem że mają rację. I się uśmiecham, smutnawo.
I maja piękny akcent i intonację w co lepszych żartach. Tamtejsze to bardzo ulubione.
I że naleśniki o 5 rano: zrobisz nam E.? pomogę Ci! Co mam zrobić? Muszę się nauczyć gotować. Nie mam pytań jak sobie radzisz nie umiejąc, ale i tak Chłopaku, love! po lubelsku to by było szacunek zmieszany ze zdumieniem, więc proszę nie kojarzyć rzeczy dziwnych, ale love po prostu takie zachowanie przy trzecim poranku melanżu.
A zaniesiesz mnie do łazienki? tylko 62 kilo. Zlikwidowałem powódź w kuchni, muszę umyć nogi, ale nie chcę brudzić przedpokoju. Ał podniosłam, ale nie przeniosę hahahahah, a wczoraj nosiłam Natalię (widać waży mniej). Ej, no to taczkę zróbmy. Jak się śmiałam. Zapomniałam że od dymu nie będę mogła mówić i że dźwigać mi nie wolno i że tyle rzeczy jeszcze. Nie trzeba było się martwić, nikt nie rozmawiał o dietach, nie było plot, obgadywactwa, zwykłe historie, dialogi, opinie, kłótnie, odgłosy chrapania zza ściany.

Lubię uwielbiam kiedy nie trzeba przejmować się bzdurami, nic nie znaczącymi, kiedy można poprostu dobrze się bawić i wygłupiać. Kiedy ważne są tylko rzeczy ważne. Bez pozy, bez gęby, bez podtekstu, bez ciśnienia na cokolwiek, bez obaw że ktoś coś. I jest śmiech znowu i jest bezpośrednia wymiana zdań i ludzie patrzą sobie w oczy śmiejąc się czasem do granic.

jest też
i że może usiądź jeśli chcesz, i że nie będzie Ci zimno? (siedzisz w szaliku, ale to sweter, no ale jak to, no patrzcie ma rękawy, ej rzeczywiście, :>)

i że ogarnięte, i że oni dbają o Agu :********* bardzo dbają lubię! że nawet pół włosa z głowy nie spadnie.
Ładna ta przyjaźń Kochana. Chłopaki wszystkie trzy mają moje serce po mniej niż 12 godzinach. I nie mów że lambadziara!!! :P

pod szyldem naszej prywatnej nocy kultury którą za oknami urzad miasta i ktośtam zorganizowali z okajzi czyichś urodzin :P.
Wypadałoby tylko zapytać czy Jagoda już urodziła :>
I czy Marta ogarnie.

Bo chłopaki wrócili chyba do domu w jednym kawałku każdy :)

Love Agu, sto lat skarbie! misiu najkolorowszy muah. jeszcze raz :* :D

Tuesday, June 2, 2009

dygid niegiggity

Wczoraj w oszałamiającym stylu zgarnęłam bdb do indeksu, obok dumnego hasła technologia informacyjna. Główka potem bolała ale czego się naumiałam to moje. Pan dr zapytał czy zostaję na podyplomowe. Miło z jego strony ale niet. Sympatyczna rozmowa, bo w końcu przyszedł jakiś student, baa a nawet studentka która nie miała problemu z tym że ma napisać test. I to przypadkiem byłam ja.

Minął radosny poniedziałek a ja znowu mam dygawkę że w ostatniej chwili coś nie wyjdzie. Pracę drukuję z pietyzmem. Bzdura. Kolega pisze że w Lublinie jego rówieśnicy po filologii narzekali na brak perspektyw cośtam bla bla bla + komplement. W żołądku to specyficzne uczucie skurczu, mimo że rozum podszeptuje sz.

Ma rozlewa garnek wody na kuchenkę, dokarmiając mój stoicki spokój wlepiam jej talerz truskawek i wypraszam żeby poszła je zjeść. Sprzątam i odgrzewam jej jedzenie. Już chyba wszystko będzie ok. Idę na trening. Nie chce mi się. Nerwowa potrzeba zajęcia się czymś. Szkoda że za mało czasu na porządne spóźnienie.