Wednesday, November 28, 2007

czasem bez kierunku. tydzień kilka tygodni temu

Ostatni tydzień był ciekawy. Prawie bez reggae. No bo sobotniego koncertu KASY w supermarkecie nie liczę jako stricte reggae. No ale od początku... Niedzielna noc w czterech pokojach. Poniedziałkowy wieczór na Łowcy Androidów. Nielegalnie w ********– knajpie z rodzaju tych zakazanych, po których plączą się niewydarzeni rockmani i amatorzy filmów z projektorami pożyczanymi z pracy rezerwują sobie jedną z 2 sal żeby móc obejrzeć jakiś staroć-klasyk bez licencji przy piwie nie tylko ze znajomymi oraz przy akompaniamencie ulubionej muzyki niewydarzonych rockmanów dobiegającym z sali obok. Na czas filmu drzwi knajpy zamykają się i nie wpuszczają ani nie wypuszczają nikogo w razie jakiegoś patrolu. Bo jak wiadomo w razie czego „Waldek” za to beknie a tego nie chcemy(kimkolwiek by Waldek nie był).
Wtorek to zaledwie spotkanie z jednym z najbardziej znanych współczesnych irlandzkich pisarzy – Glennem Pattersonem („dobra, to ja teraz przeczytam fragment mojego sprawozdania z ostatniej wizyty w Polsce a jak będziecie mieli dość to niech ktoś podniesie rękę – pomyślałem, że będzie wam to odpowiadać bo słyszałem, że wy tu w Polsce bardzo lubicie wybory” oraz „ ubrałem się dziś na czarno czerwono, nie odbierajcie tego jako gest dywersji względem waszych barw narodowych, conajwyżej możecie to kojarzyć z trendami w modzie jakie wprowadził Kraftwerk”). Wyszłam tylko 10 minut przed końcem. O 10 minut za późno żeby zdążyć na koncert 10 lecia w kościele z czerwonej cegły odwiedzonym dwadzieściakilka lat wcześniej przez papieża polaka. Ula.. nie dość że studiuje na katolickiej uczelni? Ja już naprawdę nie potrzebuję więcej katolickich akcentów w moim życiu. Niezbyt mi to wychodzi na zdrowie. Mnie i mojej ...moralności? mojemu morale.
Środowym maksimum możliwosci była wyprawa w pełnym makijażu na zdjecia paszportowo-dowodowe. A to CV muszę w końcu napisać. Po wtorkowych targach pracy wiem też ze od razu list motywacyjny.. czas leci a właściwie ucieka. Środa wieczór to 5 minut imprezy w Koyocie. Zawsze spacer.
Czwartek zajęcia, ziomuś. Ach.. i byłam z mamą w hipermarkecie jako asystent ds. zakupu herbaty pakowanej w torebki a następnie w paczki zazwyczaj po 20 sztuk. W końcu ktoś te kilogramy musiał przynieść do domu.
Piątek to korki i pierwsza lekcja break dance. Na dzieńdobry gestem „cześć mamo” z pozycji foczki zostałam powitana przez jednego z moich niedawnych uczniów z gimnazjum (oczywiście najbardziej problemowego). Chłopaczek - prowadzący w kaszkiecie który miał zasłaniać rzęsy właściciela/nosiciela powitał mnie nieśmiałym dzień dobry, jakbym rzeczywiście była matką któregoś z trenujących. Nie wiedziałam że ziomy prowadzące takie zajęcia się czasem w ten sposób podlizują... nieudolnie. Nie chcę tam więcej iść. Choć po 40 minutach stania w kącie wiem już co to sixstep i znam kilka innych brejkowych ruchów tanecznych. Straszny tłum.
Sobota to koncert KASY. Zanim się zaczął: dział z zabawkami, sklep zoologiczny, pogawędki z naszym ulubionym sprzedawcą o zabawkach nadających się dla Ulowych dzieci autystycznych. A sam koncert: bardzo humorystyczne wydarzenie. I ci młodociani kibice MOTORU radośnie pląsający wokoło sceny ze swoimi szalikami oraz koleżankami ewentualnie. Potem Ci sami kibice zwartą grupą, parami i trójkami, które tworzyły kolumnę około 15- czy 20- metrową udawali się spowrotem w swój rejon. A my... do Królika, zobaczyć go w jego nowej oryginalnej biało-czerwonej koszulce PUMY w knajpie gdzie tego wieczoru wyświetlany był mecz Polska-Belgia. Zwiałam najzwyczajniej. Surrealizm trzeba sobie dawkować... o kibicach nie wspominając. Niedziela dla uspokojenia nerwów pod znakiem mszy w cerkwi grekotalickiej z XVI wieku w skansenie. Kazanie po ukraińsku i śpiewy w starocerkiewno słowiańskim. To trzeba było odespać. Poniedziałek – pierwsza jazda. Skrzynia biegów kojarząca się jednoznacznie nie z samochodem, instruktor robiący z siebie głupka, paplający jak przekupka na targu conajmniej.. CV cholera muszę doszlifować.. no i ten rozdział na seminarium...

1 comment:

looky looky wolf gang said...

ooo to seansy u Waldka jeszcze "żyją". nice. kiedy?? a jakimi ulicami gł. jeździsz suz??:P cium.