Monday, August 17, 2009

w drodze cz. 2

...
kląsknięcie
...
kopiowanie gestów
...
2 godziny później:
- idę po coś do picia, przynieść coś pani? - pierwsze wypowiedziane w moją stronę słowa. Pociąg stał w Łodzi. Długo.
- Nie, dziękuję
- Mogłaby Pani rzucić okiem na moje bagaże?
- Pewnie.

Jakiś czas później
-Gdzie jesteśmy?
-Siedlce.
...
- Ja jestem z, pracuję w, blablabla, wracam do, jestem zwolennikiem przedwojennego sposobu traktowania kobiet, blablabla jakaś historyjka z warszawki, coś o pracy, coś o studiach, coś o kobietach w amerykańskim lotnictwie, mała dyskusja, coś o imieninach żony (tak jakgdybym nie zauważyła tej obrączki godzinę wczesniej) i zamawianiu kwiatów, coś o dzieciach - takie zdolne, pani jest bardzo kobieca, no nie mogłem oderwać od pani wzroku, ja przepraszam, że tak mam.
- Ale nic się nie stało :) To było całkiem zabawne :) i jest całkiem naturalne.
- No tak, ale nawet mój synek mi powtarza: tatusiu, nie rób tak :)
- Chyba trzeba w takim razie posłuchać synka. A ile ma lat?
- ... (opowieści o synku, o żonie, o tym jak jest w warszawce, jakie tam są kobiety, i o gangsterach z Pragi, i że mam posłuchać któregoś polskiego rapera. pezeta chyba, z którejśtam płyty, jeśli jestem ciekawa jak oni te kobiety ci gangsterzy postrzegają. ale to jest tylko taka reakcja. trochę obronna. bo to wszystko przez kobiety. bo one są tam takie że oni nie mają wyjścia, a w pracy to mi pierwszego dnia powiedzieli...)
kolejne pół godziny później, tuż przed jego stacją docelową, sympatyczny gaduła mi się przedstawił, pochwalił na odchodnym moją ciemnoszarą bieliznę którą jednak było widać przez białą bluzkę w bardzo kolorowe motyle. W drzwiach przedziału zdążył się ze mną pokłócić że to triumph a nie la senza czy cokolwiek innego.
-No dobra, ale Triumph też miał taki model. - Rzucił pojednawczo już z korytarza.
(nie pracował w sklepie z bielizną)

Dawno nie miałam tak śmiesznego towarzysza podróży, ale bardzo cieszyłam się że nareszcie wysiadł, bo trzeba mu przyznać że był bardzo przystojny.

Niedługo później była pora i mojej przesiadki. Ogarnęłam mikrozakupy z coca-colą i snickersem w rolach głównych i na dworcu spotkałam już znajomych. Przy wejściu na pole namiotowe poznałam mojego współlokatora, który niestrudzenie pomagał mi rozkładać moją zieloną willę. Niedługo później pojawił się współlokator nr dwa i tak już zostało. Nikt nie chrapał, co dziwne wydychane powietrze nie zalatywało piwem :) i być może dlatego czułam się jakbym spała w namiocie z dziewczynami, tyle że żadni dziwni kolesie nas nie zaczepiali :] Niestety nie mogłam wziąć chłopaków do domu.

No comments: