Wednesday, August 26, 2009

w drodze cz.3

oj
coś pani wypadło
tak. i to coś co nie powinno było wypaść (wpadło pod fotele w pociągu)
ja pomogę pani to znaleźć
gdzieś przecież musi być...
ale pomogę naprawdę
no dobrze, ale proszę uważać bo to gaz pieprzowy.

o jest.

kilka godzin później znałam już liczne historie z podróży stopem po Europie, z pola namiotowego w sercu Bieszczad które odwiedza już od 10 lat, z Gardzienic, z różnych zbiegów okoliczności. Wymieniliśmy się mailami z sympatycznym blond hipisem spod Wrocławia. Przysłał zdjęcia z Bieszczad, temat: dla dziewczyny z gazem pieprzowym. Miło. Odpiszę. Portugalce też. Ona dziś wyrusza w podróż powrotna przez Wiedeń. Ciekawe czy w weekend też była w Krakowie.

Zwiedziłam Nową Hutę. Ponad 2 godziny.

Kraków brzydki. Duże miasto, niewyraźne mapy. Rozmawiamy z jednym dresem o drodze na Coke. Niegdyś tutjeszy. On decyduje pojechać naokoło autobusami. Ja zostaję jeszcze na przystanku na chwilę. Przychodzi drugi dres. Bardziej kreszowy. Bardziej dresowy. W kaszkiecie założonym wedle prawidłowych wytycznych. Sprawdza autobusy, po chwili idzie w stronę która mnie interesuje. To dobrze. Mija kilkadziesiąt metrów, idę za nim. Co jakiś czas ogląda się czy jestem. 20 minut później dochodzimy do głównego skrzyżowania. On i ludzie którzy wkleili się w drogę przed nami, skręcają w niewłaściwą stronę, przechodzą przez światła, jak gdyby zrobili sobie tylko spacer naokoło do serca Nowej Huty. Zaczepiam jakiegoś 2-metrowego małolata. Tak, tędy. Po drodze jakaś nic nie znacząca zaczepka. Zignorowawszy.
Przy bramie słyszę: Suz Ewa Ewa Suz. Odwracam się. Znajomi Sło. Powitane. Napijesz się? Sama tu przyjechałaś, z Lublina? Daleko. Adaś wstawaj :) piącha (tak się cieszę, ze to tym razem ja jestem trzeźwa i niezaspana). Idę po bilet. Tymczasem.
Mili ochroniarze, panowie tak, panie nie, depozyt, żarciki. Klimat jak na lotnisku. Wrzucam do białej koperty kosmetyki, tabletki tylko dla kobiet... pani nie chce przechować mi całego bagażu. a może jednak - przekonuję, ale nie ma opcji. Kobita od kontroli znów marudzi. Idę pod scenę.
Madcon szaleństwo, ludzie skaczą. nie mam na to siły, ale jestem pod wrażeniem. Wszyscy z rękami w górze, równo, ziemia drży, nagłośnienie mocne, dobre bity. Piszę smsa. Spałem, gdzie jesteś. Dogadywanie się w przerwach miedzy piosenkami. Chcę mieć jeszcze chwilę dla siebie. przecież i tak zaraz się spotkamy skoro już przyjechałam. Może lepiej byłoby wyłączyć telefon, przestać pisać.
Kończą się bisy. No dobra. Rozglądam się. Czekam aż podniesie głowę znad telefonu. Bardzo widać po nim kilkudniowy melanż. Nie che iść do znajomych. Zostańmy tutaj. Ale ja chcę iść do twoich znajomych, chciałam ich zobaczyć jeszcze, nie chcę żeby było tak jak ostatnio. Zostajemy tutaj. Trochę powitań. Chodźmy. Oprowadź mnie. Znasz już tu pewnie każdy kąt. Nie, zostajemy. Chodźmy. Nigdzie nie idziemy. Nie idziesz ze mną? To idę. Nie słucham co dalej. Chcę zobaczyć pozostałe sceny, chcę zobaczyć co tu jeszcze jest. Na mniejszej scenie Marika. Prawie jej nie widać. Przede mną bardzo zatłoczony namiot. Nie da się jej słuchać. Koszmarnie wysokie tony. Idę dalej, wracam po niespełna 10 minutach, ciekawe czy jeszcze będzie. Idzie w moją stronę leniwie. Czytam smsa od niego, żebym wróciła to cośtam. Ta.

Siadamy pod sceną na ziemi. Chillout. Tłumaczy koledze, że nie przyjdzie bo jest tu ze mną i tak ma być. Ja słucham i jest mi miło ale chcę do ludzi. Mówi mi kto dzwonił. Wyjątkowo. Koncert. Zawsze sama tańczę te piosenki. Teraz po chwili wygłupów zaczyna mi być trochę nieswojo. Nieważne. Śpiewa kilka pierwszych wersów kilku refrenów. Miły głos. Po koncercie nareszcie idziemy do ludzi. Odkleja się ode mnie. Poznaję kolegę który dzwonił. Bardzo miły. Jakaś blond małolatka pyta czy ten Bartek to mój chłopak. Zaprzeczam. Rozmawiamy chwilę. Sło kręci się bez sensu to tu to tam. Na kolejnym koncercie znów gubimy znajomych. Cali mokrzy po kilkugodzinnym deszczu. Próbujemy zebrać wszystkich i ogarnąć jakiś plan. Moje plany udanej imprezy w BK z Matysem i Aśką odchodzą w zapomnienie. Jest coraz zimniej, wcale nie przestaje padać. Koleżanka cała się już trzęsie z zimna. Czekamy jeszcze na kolegów. Co chwila bluzgi przez telefon, ponaglanie. W końcu wsiadamy w taksę i po chwili spacerujemy w deszczu już po zupełnie innej dzielnicy. Oni przyjeżdżają przed nami. Zaraz będziemy skakać przez to okno. Dzwoni Asia. Wyłączam się gdy stawiam jedną stopę na dłoniach znajomego. Jest cieplej, znika stres, nie chce stad iść. Oddaję Adasiowi jego przemoczoną bluzę od Sło. Przemykamy korytarzem. Po paru godzinach nastaje pora na sen. Znikamy na chwilę. Sło.

Uwielbiam wszystko co z tobą związane.
Chciałabym żeby tak było.
Słucham?
Chciałabym żeby tak było.

Rano już nie błądzę po Krakowie. Gdyby nie nadal przemoczone buty zostałabym jeszcze. Ale nie da się. W rekordowym tempie jak na kogoś kto nie ma pojęcia gdzie jest dostaję się na dworzec. i po drodze

No comments: