Sunday, December 13, 2009

jazz bez

Na bez jazzie grał Zura.
Więc Agu namówiła mnie na bez jazz. i był jazz trochę. poszłam tańczyć od stołu bo przy stole nie przystoi.
Zdecydowanie to nie tamtego dnia miałam poznać miłość mojego życia. Trochę potargana, zmęczona po Wigilii z okazji imienin mamy połączonej z opłatkiem z okazji wyjazdu wujka i cioci.
Wszystko było trochę inaczej i z niemiłością mojego życia spędziłam cudowny tydzień. Raczej po przyjacielsku na jazzach dzień po dniu, koncertach, piwkach, winkach, frytkach, w autobusach, muzeach, galeriach, wystawach, restauracyjkach, chatkach, obiadkach, kolacyjkach, spacerkach, teatrzykach, podziemiach, zamkach, księgarniach, sali ślubów,... dziwnie
niegadaniu oraz gadaniu o całkowitych głupotach z jednym wyjątkiem i nie lubię poniedziałków.
i pożegnaniu rozłożonym na raty w sobotę i w niedzielę.

jest już zdecydowanie bez

i nie wychodzi z domu dopóki jej nie przejdzie. bo ciężko jest wracać do rzeczywistości. tak jakbyś wracał z Nowej Zelandii.
Chociaż wiadomo było, że po tygodniu trzeba będzie wrócić.

Myślałam, że nie istnieje, albo że to jakiś żart z serii czarnego humoru.
Te wszystkie podobieństwa. Tak bardzo rzucające się w oczy, takie nachalne.
Nawet w domu na chwilę zaczęło być normalnie i fajnie. W to wszystko tak trudno mi cały czas uwierzyć.
Au revoir.

No comments: