Thursday, June 25, 2009

lubartowska żyje

Nie moja wina że moja lekarka którą sama sobie wybrałam (i chodzę do niej częściej niż do pani od gardła) przyjmuje w jednej z klasycznie najgorszych dzielnic Lublina.
Nie lubię chodzić tam sama. Choć specjalnie wracam zawsze drogą pomiędzy najbardziej obdrapanymi kamienicami. Studenci powyjeżdżali za to tamtejsza kawalerka ma dla siebie więcej przestrzeni miejskiej. Mikromiasto.
Wysiadam na przystanku, wyprzedzam koleżkę w dresach, czerwona gęba, rozbiegane oczy, ledwo lezie. Za każdym razem idzie z tej strony co moja torebka. Bez sensu koleżko, ale przecież nie możesz o tym wiedzieć. Nie stresuj mnie. Wybieram lepszą drogę, więcej tu ludzi, przyspieszam, czerwona gęba znika daleko w tyle. Przez furtkę w ponad 2 metrowym płocie ozdobionym drutem kolczastym wchodzę na podwórko przychodni. Godzina czekania, 3 minuty wizyty. Proszę bardzo, bardzo proszę powtarza oschła lekarka w nieokreślonym wieku. Dziękuję bardzo, bardzo dziękuję, do widzenia. Na korytarzu mijam panią w białym kitlu z firmowym kubkiem od producenta leków.
Znów przechodzę pod płotem z drutem kolczastym, tym razem wychodzę na garaże. Prawie nikogo nie ma na otwartej przestrzeni. To jak dziś...Nie przez podwórko, dwupiętrowe bloki komórek z drewnianymi schodami i tak widzę z daleka. Wybieram wąską uliczkę między starymi kamienicami. Tutaj od frontu nie ma świeżej farby w pastelowych kolorach. Kilkadziesiąt lat bez malowania, może więcej. Po drugiej stronie bramy jest podwórko z widokiem na stare miasto. Zamknięte. Mijam z mocnym postanowieniem, że może kiedyś. Idę ulicą w dół, zerkam na nierówny bruk i na chłopaków za rogiem. E raczej luz. Przecinam drogę skręcającej karetce i wchodzę w główną arterię. Chodniki są już szersze. Ludzi jest więcej, ale większość leniwie przestępuje z nogi na nogę, spaceruje od bramy do bramy, od bramy do drzwi. Odstawiony na czarno tutejszy elegancik, wysoki, trochę opalony, o cerze wyżartej przez trądzik wiele lat wcześniej, idzie niby przed siebie, ale widać że nie do końca jeszcze wie za kim i gdzie. Trochę jak statysta z filmu z początku lat 90tych. Vabank. Tylko że bardziej się wyróżnia. Żegnam starą Lubartowską i dziewczyny z koszmaru z wózkami. Lepkie powietrze.

Przechodzę przez nudny deptak. Spotykam koleżankę która chętnie opowiada mi wszystko o jednym z moich potencjalnych pracodawców, co sprawia że jeszcze bardziej chcę stąd wyjechać. Wracam na ładny 30-letni LSM. Burza i deszcz.
Pierre będzie spowrotem na dniach. Oznacza to weekend pod znakiem opowieści z życia w Hiszpanii. Obejrzeliśmy z Hamletem He-mana przez net, doceniając kunszt tłumacza a.k.a. na potęgę posępnego czerepu. Pora na jakiś list motywacyjny.

Agz? co z Twoją uczelnią...? Daj znać, bo wiesz.

No comments: